Gdy w XIX wieku ostatecznie dokonał się wyraźny podział na sferę publiczną i prywatną, kobietom jednoznacznie przypisano obszar domu, czyli gospodarstwa domowego, rodziny i codziennych domowych zajęć. Ilustrują to słowa republikańskiego polityka Julesa Simona, wyrażającą opinię milionów...
Gdy w XIX wieku ostatecznie dokonał się wyraźny podział na sferę publiczną i prywatną, kobietom jednoznacznie przypisano obszar domu, czyli gospodarstwa domowego, rodziny i codziennych domowych zajęć. Ilustrują to słowa republikańskiego polityka Julesa Simona, wyrażającą opinię milionów innych mężczyzn, jak również i wielu kobiet, wychowanych na wielowiekowej tradycji: Co jest powołaniem mężczyzny – bycie dobrym obywatelem. A kobiety? Bycie dobrą żoną i matką. Taką samą opinię zresztą od lat potwierdza Kościół katolicki.
Wypowiedź tę przywołuje Griselda Pollock w swoim eseju o przestrzeniach aktywności zarezerwowanych dla kobiet i wynikającej z tego specyficznej ikonografii, która pojawia się w malarstwie francuskich impresjonistek: Berty Morisot i Mary Cassatt. Tematy ich obrazów jednoznacznie wskazują na domową codzienność: picie herbaty, czytanie gazety, kołysanka śpiewana dziecku, kąpiel, szydełkująca w ogrodzie służąca, letni spacer. Autorka udowadnia, że nie są to kobiece tematy, a tylko funkcjonujące w tamtym czasie pojęcie kobiecości zmusiło artystki do poszukiwania tematów w kręgu domowym, i jednocześnie zamknęło przed nimi świat zewnętrzny, w którym działy się kluczowe dla modernizmu i dla całej sztuki europejskiej wydarzenia.
Tak więc sto czy sto pięćdziesiąt lat temu malarki miały ograniczone możliwości poruszania się w przestrzeni publicznej i zmuszone były do przekazywania na swoich płótnach drobnych spraw codziennego życia najbliższego kobietom. To dlatego malowały kwiaty, martwe natury, portrety, głównie swojej rodziny i dzieci. Ich sztuka nie mogła nigdy zdobyć tego samego uznania co sztuka uprawiana przez mężczyzn, bo to oni mieli dostęp do władzy i podejmowania decyzji we wszystkich dziedzinach życia społecznego.
Innymi słowy – to mężczyźni tworzyli kanon, zaś kobiety znajdowały się na jego marginesie. Mężczyźni byli twórcami, a towarzyszące im kobiety – ich muzami i kochankami. Takie zasady obowiązywały przez wieki. Tylko nielicznym kobietom, nie artystkom, udawało się czasami przełamywać te bariery i działać zgodnie z własną wolą i wbrew obowiązującym zasadom, chociaż ich życie nie było wtedy łatwe, a opinia publiczna zawsze uznawała, że postępują wbrew swojej kobiecej naturze, działając w zakazanej im sferze.
Przełamywanie stereotypów udawało się niezmiernie rzadko, a okupione przeważnie zawsze było dużymi cierpieniami kobiet, które w ten sposób płaciły za przebywanie w obszarze, w którym przebywać nie powinny. Najbardziej znanym nam przykładem może być nasza wielka uczona – Maria Skłodowska-Curie, która zdecydowanie przekroczyła pewne granice, otwierając innym kobietom możliwość nauki oraz udowadniając, że w dziedzinie fizyki i chemii jest lepsza niż tysiące mężczyzn, co potwierdziła dwukrotnym otrzymaniem Nagrody Nobla, a co w ponadstuletniej historii tych nagród zdarzyło się zaledwie dwóm naukowcom-mężczyznom.
Tysiące innych przykładów potwierdzają, że we wszystkich dziedzinach kobiety są równie sprawne, zdolne i mądre jak mężczyźni, a ostatnio prasa i literatura dostarczają nam wielu dowodów na to, że wiele ról w sferze publicznej jest lepiej wykonywanych przez kobiety niż przez mężczyzn. A w cywilizowanym świecie nie ma już zawodów, w których nie byłoby kobiet. To samo dotyczy sportu, łącznie z boksem zawodowym.
Historia myśli feministycznej
Feminizm (od łac. femina - kobieta) to ideologia i ruch wyzwolenia kobiet. Istnieje wiele odmian feminizmu, głównie ze względu na różnice (religijne, etniczne, polityczne) między jego zwolennikami oraz z powodu zmian światopoglądowych, jakie zachodzą w samym ruchu feministycznym.
Jednakże wszystkie nurty feminizmu oparte są na przekonaniu o dyskryminacji kobiet ze względu na ich płeć, prawie kobiet do emancypacji, sprzeciwie wobec seksizmu i patriarchatu . Feministki i feminiści dążą do przekształcenia tradycyjnych relacji między płciami, uważanych za zniewalające jednostkę. Stąd pochodzi też myśl, że wyzwolenie kobiet jest i wyzwoleniem mężczyzn. Feministki nie chcą zamiany miejsc między kobietami i mężczyznami, nie chodzi też o naśladowanie mężczyzn, których rola społeczna także nie jest godna pozazdroszczenia.
Myśl feministyczna kiełkuje od XVII-XVIII wieku, choć jej ślady można znaleźć właściwie we wszystkich epokach.
Pierwsza fala – inaczej zwana dawną falą (old wave), to okres aktywności ruchu sufrażystek amerykańskich i angielskich (od łac. suffragium wybory) przypadający na lata 1890-1920. W kręgu zainteresowań feminizmu pierwszej fali leżały przede wszystkim: reforma prawa rodzinnego, prawo wyborcze i ekonomiczne warunki życia kobiet.
Druga fala to z kolei określenie wprowadzone przez Marshę Weinman Lear dla określenia ruchu wyzwolenia kobiet w USA, Wielkiej Brytanii i Niemczech pod koniec lat 60. ubiegłego wieku Był on efektem rozczarowania działalnością polityczną ruchu praw obywatelskich, ruchu pacyfistycznego i akademickiego. Myślą przewodnią feminizmu drugiej fali stało się budzenie świadomości i hasło to, co osobiste, jest polityczne. Inaczej możemy powiedzieć, że sfera prywatna pokrywa się ze sfera publiczną.
Feminizm nie zajmował się już tylko minimalizacją różnic między płciami, ale badał i analizował specyfikę kobiecości. Feminizm drugiej fali angażował się też we wszystkie zmiany społeczne i obyczajowe, taki jak: feminizacja świata czy wzbogacanie cywilizacji i kultury wartościami kobiecymi.
Od połowy lat 80. feminizm drugiej fali podejmuje kwestię egalitaryzmu opartego na wielopoziomowym pojmowaniu ucisku, który jest efektem podziałów płciowych. W tym nurcie mieszczą się również wszystkie sprawy związane z problemami aborcji, homoseksualizmu czy homofobii.
Sfera prywatna i publiczna
Współczesne ruchy feministyczne występują z żądaniami zlikwidowania podziałów na sferę publiczną i prywatną. Uważają bowiem, że obie powinny być dostępne bez względu na płeć, poglądy, wyznanie, obyczaje czy inne uznawane wartości.
Jedną z najbardziej istotnych spraw w tym zakresie jest problem sfery prywatnej, czyli środowiska domowego, w którym kobieta zajmuje się domem, dzieci, a bardzo często i mężem, wykonując ciężką pracę fizyczną, nieoznaczoną czasowo, niemając przeważnie wolnych dni. Praca tzw. gospodyni domowej nie jest jednak według prawa uznawana za pracę. Kobieta nie otrzymuje za nią wynagrodzenia ani nie nabywa praw do najmniejszej chociaż emerytury. W domu kobieta pracuje więc za darmo.
Zajmując się tym zagadnieniem organizacje feministyczne postulują nie tylko wprowadzenie wynagrodzenia oraz innych przywilejów dla kobiet wychowujących w domu dzieci, ale także przekonują mężczyzn do aktywności na tym polu sfery prywatnej. W wyniku intensywnych działań grup feministycznych w ostatnich dziesięcioleciach w wielu krajach wprowadzono możliwość brania urlopów macierzyńskich przez mężczyzn. W Szwecji na przykład każdy ojciec musi przymusowo wykorzystać jakąś część takiego urlopu.
Powyższe rozwiązania prawne dotyczące macierzyństwa i udziału w nim mężczyzn wynikały nie tylko, jak twierdzą niektórzy przeciwnicy feminizmu, z nienawiści feministek do gatunku męskiego, ale umotywowane były bardzo logicznie. Chodziło nie tylko o odciążenie kobiety od ciężkiej pracy po porodzie, uczynienia jej bardziej atrakcyjna dla całej rodziny, ale również, a może przede wszystkim, o jak największe emocjonalne związanie ojca z dzieckiem i rodziną.
W niektórych przypadkach urlop macierzyński dla mężczyzny pozwalał kobiecie na realizację jej planów zawodowych. Takie uzasadnienie jest z biegiem lat coraz bardziej uzasadnione praktycznie. Na przykład w naszym kraju w ostatnich latach bardzo wysokiego bezrobocia, często zdarza się, że to właśnie kobieta ma pracę, a mężczyzna jest przez długi czas bezrobotny i może w tym czasie zająć się wychowywaniem dzieci, chociaż najczęściej nie jest z tego powodu zbyt szczęśliwy, to jednak jest to jakieś rozwiązanie problemów życiowych rodziny.
Ugrupowania feministyczne uważają również, że wszystkie sprawy związane z seksualnością człowieka nie powinny być jego sferą prywatną. Argumentem, który za tym przemawia jest fakt, że najbardziej drażliwe sprawy z tej dziedziny te mogą zostać rozwiązane tylko wtedy, gdy znajda swe miejsce w sferze publicznej.
Najbardziej delikatną tu kwestię stanowi problem aborcji. Mimo jednak energicznych w tej materii działań ze strony organizacji feministycznych, rezultaty są jeszcze dalekie od stworzenia w miarę rozsądnego i korzystnego dla kobiet rozwiązania. Największym przeciwnikiem jest tutaj Kościół katolicki, który ma w Polsce bardzo duży na całą sferę życia nie tylko prywatnego, ale i publicznego. Mimo więc wielu inicjatyw ze strony środowisk feministycznych nadal brakuje w naszym kraju rozsądnej i przyjaznej kobietom ustawy antyaborcyjnej. Na razie nic nie wskazuje na to, że w kolejnej kadencji sejmu, problem ten zostanie znowelizowany w atrakcyjny dla kobiet sposób.
Pomimo trudności w nowelizowaniu dotychczasowej ustawy, organizacje feministyczne starają się monitorować, w jaki sposób obecnie obowiązująca ustawa jest egzekwowana, a i w tym zakresie jest wiele nieprawidłowości i samowoli. Przypadki wielu kobiet w ciąży i ich traktowanie przez lekarzy są wybitnym dowodem na to, że w Polsce nie obowiązuje w praktyce zasada państwa neutralnego światopoglądowo, bo w tej dziedzinie decydujący wpływ ma światopogląd katolicki i jego zwolennicy. I będzie tak, dopóki nie zostanie zmieniona w sejmie ustawa.
Niemniej jednak, ważne jest, aby problem cały czas istniał w świadomości opinii publicznej. I taki argument podkreślają organizacje feministyczne, dzięki którym tak intymna sprawa, jak sprawa aborcji, stała się i cały czas jest obiektem dyskusji publicznych.
W tej samej orbicie zagadnień znajduje się też kolejna kwestia, w stosunku do której feministki krytykują podział na sferę prywatną i publiczną. Argumentując odpowiedź na pytanie, co to znaczy, że seksualność jest kwestią prywatną? Można wymienić parę różnych elementów tej argumentacji.
Po pierwsze, wiemy przecież doskonale, że polska sfera publiczna jest pełna pojęć i takich symboli które zakładają jako oczywistość normalność heteroseksualizmu i w takim przypadku nikt nie śmie w ogóle tego kwestionować. Nikt nie mówi bowiem, że heteroseksualizm jest sprawą prywatna. Czyli co, heteroseksualizm nie jest sprawą prywatną, a homoseksualizm – jest? To przecież istna niedorzeczność!
Z argumentów feministek wynika, że jeżeli wszyscy mają mieć równe prawa, to nie może być tak, że heteroseksualiści monopolizują sferę publiczną. Ciekawe jest co by się stało, gdyby ktoś zechciał występować przeciwko wzorcom heteroseksualnym? A przeciw homoseksualizmowi występują każdy, kto jak chce i kiedy chce. Najczęściej jednak występują przeciw ludzie, którzy o innych orientacjach seksualnych niewiele wiedzą i traktują je jako chorobę, a jeszcze częściej jako karę za grzechy, często nawet nie widząc czyje.
Z drugiej strony, jeżeli geje i lesbijki mają tylko prawo do sfery prywatnej i powinni siedzieć w domu, to dlaczego wolno ich obrażać publicznie? Gdzie więc ta elementarna równość między ludźmi? To tak, jakbyś powiedział, że jesteś za równością, ale Żydzi powinni siedzieć w domu, bo nikt ich nie lubi i denerwują innych ludzi. W wielu społeczeństwach piętnowanie Żydów jako zboczeńców, wymagających leczenia od czasów faszyzmu nie cieszy się dobrą opinią, a nawet jest ścigane prawnie. Piętnowanie homoseksualistów nie jest jeszcze ścigane prawem, ale być może niedługo tak się stanie. Coraz więcej bowiem młodych ludzi walczy w różny sposób z popularną przeciw wobec dyskryminacji homoseksualistów, której w Polsce jest znacznie więcej niż w innych znacznie bardziej od nas tolerancyjnych krajach Europy.
Wydaje się jednak, że coraz liczniejsze wyjazdy Polaków na Zachód nie tylko w poszukiwaniu pracy, ale i w celu poznawania innych kultur już wkrótce sprawią, że być może staniemy się bardziej tolerancyjni i z większym zrozumieniem oraz wiedzą będziemy traktować to wszystko, co różni się od nas samych i naszych przekonań, poglądów czy wiary.
I wreszcie na koniec zajmijmy się sprawą szczególnie ważną dla feministek, a związaną z rozgraniczaniem sfer prywatnej i publicznej. Chodzi o równe traktowanie mężczyzn i kobiet w kwestii wynagrodzenia za pracę i w kwestii awansów zawodowych. Nadal we wszystkich krajach cywilizowanych krajach świata, kobiety na równorzędnych stanowiskach zarabiają mniej niż na tych samych stanowiskach mężczyźni. Jest to ważny problem społeczny i chociaż opinia publiczna interesuje się nim od lat, to niewiele się w tej kwestii zmienia, a jak zmienia, to bardzo powoli.
Jeszcze gorzej jest w sprawie awansów zawodowych. Powyżej pewnej granicy schody kariery są zagwarantowane niemal całkowicie dla mężczyzn. Nadal bardzo rzadko się zdarza, aby kobieta była dyrektorem naczelnym czy prezesem firmy lub korporacji. Feministki uważają, że przeszkadza w tym męska solidarność, która powoduje, że najlepiej opłacane stanowiska przyznaje się mężczyznom, chociaż kwalifikacje zawodowe kobiet wcale nie są mniejsze, a często nawet wyższe.
Generalnie rzecz biorąc feministyczne teorie, krytykujące podział na sferę publiczna i prywatną mają na celu tylko i wyłącznie wyrównywanie szans między mężczyznami i kobietami, nie dyskryminując żadnej ze stron.
Maria Romanowska
piątek, 7 października 2011
Jaka polityka przestrzenna obowiązuje gminy?
Gdy weszła w życie ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, wiele dotychczas obowiązujących planów zagospodarowania straciło swoją ważność. Co będzie podstawą prawną do wydania pozwolenia na budowę? Czy każdy ma prawo wglądu do planu zagospodarowania? Jaka polityka przestrzenna obowiązuje gminy?
Gdy weszła w życie ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, wiele dotychczas obowiązujących planów zagospodarowania straciło swoją ważność. Powstała sytuacja, że niektóre gminy nie zdążyły na czas uchwalić planów zgodnych z nowa ustawą.
Tygodnik internetowy CashFlow&You w najnowszej serii dla inwestorów, zamieścił artykuł, w którym podpowiada, co należy zrobić w sytuacji, gdy dla interesującego nas terenu nie ma obowiązującego miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego.
Ustawa narzuciła gminom obowiązek uchwalenia studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy w celu określenia polityki przestrzennej gminy. Jest to dokument poprzedzający uchwalenie planu zagospodarowania przestrzennego. Studium wskazuje sposób zagospodarowania obszaru całej miejscowości, kształtuje wizerunek gminy i określa kierunki zmian w przeznaczeniu terenu danej gminy.
Jeśli zatem nie został uchwalony plan, koniecznie zapoznaj się z ustaleniami studium.
Studium to dokument planistyczny sporządzony dla całego obszaru gminy, natomiast miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego mogą obejmować mniejsze obszary gminy.
Ustalenia studium są wiążące dla organów gminy przy sporządzaniu planów miejscowych. Możemy się zatem spodziewać, że jeśli upatrzony przez nas teren będzie przeznaczony pod zabudowę w studium, to również w miejscowym planie będzie miał takie przeznaczenie.
Studium jest przyjmowane uchwałą rady gminy, nie jest ono jednak przepisem prawa miejscowego i nie stanowi podstawy prawnej do wydawania decyzji administracyjnych, związanych z realizacją inwestycji. Jeżeli przewidujesz np. budowę domu, to w przypadku braku planu, zgodnie z art. 59 ustawy będziesz musiał ubiegać się o wydanie decyzji, o warunkach zabudowy.
Ta decyzja, czy ustalenia studium, będzie podstawą prawną do wydania pozwolenia na budowę? Czy każdy ma prawo wglądu do studium lub planu zagospodarowania? Jaka polityka przestrzenna obowiązuje gminy?
Joanna Wiejak
Gdy weszła w życie ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, wiele dotychczas obowiązujących planów zagospodarowania straciło swoją ważność. Powstała sytuacja, że niektóre gminy nie zdążyły na czas uchwalić planów zgodnych z nowa ustawą.
Tygodnik internetowy CashFlow&You w najnowszej serii dla inwestorów, zamieścił artykuł, w którym podpowiada, co należy zrobić w sytuacji, gdy dla interesującego nas terenu nie ma obowiązującego miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego.
Ustawa narzuciła gminom obowiązek uchwalenia studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy w celu określenia polityki przestrzennej gminy. Jest to dokument poprzedzający uchwalenie planu zagospodarowania przestrzennego. Studium wskazuje sposób zagospodarowania obszaru całej miejscowości, kształtuje wizerunek gminy i określa kierunki zmian w przeznaczeniu terenu danej gminy.
Jeśli zatem nie został uchwalony plan, koniecznie zapoznaj się z ustaleniami studium.
Studium to dokument planistyczny sporządzony dla całego obszaru gminy, natomiast miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego mogą obejmować mniejsze obszary gminy.
Ustalenia studium są wiążące dla organów gminy przy sporządzaniu planów miejscowych. Możemy się zatem spodziewać, że jeśli upatrzony przez nas teren będzie przeznaczony pod zabudowę w studium, to również w miejscowym planie będzie miał takie przeznaczenie.
Studium jest przyjmowane uchwałą rady gminy, nie jest ono jednak przepisem prawa miejscowego i nie stanowi podstawy prawnej do wydawania decyzji administracyjnych, związanych z realizacją inwestycji. Jeżeli przewidujesz np. budowę domu, to w przypadku braku planu, zgodnie z art. 59 ustawy będziesz musiał ubiegać się o wydanie decyzji, o warunkach zabudowy.
Ta decyzja, czy ustalenia studium, będzie podstawą prawną do wydania pozwolenia na budowę? Czy każdy ma prawo wglądu do studium lub planu zagospodarowania? Jaka polityka przestrzenna obowiązuje gminy?
Joanna Wiejak
Co słychać w polskiej gospodarce?
Ostatnie zawirowania na scenie politycznej odsuwają na bok kwestie gospodarcze. Na szczęście dla tych ostatnich, już od dłuższego czasu polityka i gospodarka poruszają się na osobnych torach. Niemniej jednak groźba przedterminowych wyborów lub trwanie rządu mniejszościowego nie jest korzystne, nawet w sytuacji wysokiego wzrostu gospodarczego, który to powinien być wykorzystany na przeprowadzenie szeregu reform finansów publicznych.
Ostatnie zawirowania na scenie politycznej odsuwają na bok kwestie gospodarcze. Na szczęście dla tych ostatnich, już od dłuższego czasu polityka i gospodarka poruszają się na osobnych torach. Niemniej jednak groźba przedterminowych wyborów lub trwanie rządu mniejszościowego nie jest korzystne, nawet w sytuacji wysokiego wzrostu gospodarczego, który to powinien być wykorzystany na przeprowadzenie szeregu reform finansów publicznych.
Proponuję garść informacji z ostatnich tygodni na temat stanu gospodarki.
Co powinno cieszyć?
- Bardzo wysoki wzrost gospodarczy w I kw. przekraczający 7%,
- Wysokie wpływy do budżetu, a tym samym rekordowo niski deficyt, mając na uwadze połowę roku.
Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że w okresie styczeń 2007 – maj 2007 wpłynęło 98 mld zł, co daje kwotę o 20 mld zł wyższą niż w analogicznym okresie roku 2006. Tym samy deficyt spadł z 47% rocznego planu do 14%.
- Bardzo dobra koniunktura na giełdzie papierów wartościowych,
- Wysoki napływ inwestycji zagranicznych,
- Przyznanie Polsce i Ukrainie praw do organizacji mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 r.
O ile tylko wykorzystamy daną nam szansę, korzyści wynikające z przygotowań będą służyć przez lata. Mam tu na myśli budowę autostrad, stadionów, lotnisk i bazy hotelowej.
Co powinno martwić.
- Z całą pewnością brak podejmowanych reform w finansach publicznych. Ostatnie zamieszanie na scenie politycznej po raz kolejny odsunęło reformy na bliżej nieokreślony czas.
- Wzrost wydatków z budżetu państwa o 10 mld zł w porównaniu z tym samym okresem 2006 r.
- Populistyczne pomysły prospołeczne w postaci: wypłat zasiłków, podwyższenia płacy minimalnej, podwyżek rent i emerytur oraz umożliwienie przechodzenia na wcześniejszą emeryturę setkom tysięcy pracowników (górnicy, nauczyciele).
- Coraz częstsze roszczenia kolejnych grup społecznych oczekujących podwyżek pensji, tylko w ostatnim czasie mamy strajk pielęgniarek i lekarzy.
- Podwyżki stóp procentowych (dwie w tym roku) i spodziewane kolejne będące odpowiedzią na rosnącą inflację.
- Wzrost zadłużenia Polski. To bardzo niepokojące zjawisko zwłaszcza w okresie wysokiego wzrostu PKB. Według danych NPB od 2000 roku zadłużenie Polski wzrosło z niespełna 80 mld EUR do 131 mld EUR, czyli prawie o 80%. Pomimo rosnących wpływów budżetowych, rząd emituje wciąż nowe serie obligacji.
- Niskie wpływy z prywatyzacji. Z zaplanowanych na ubiegły rok 5,5 mld zł zrealizowano 0,5 mld zł. Pozostałe 5 mld zł trzeba było pożyczyć w formie emisji obligacji. Co warte zauważenia, wiele firm z powodu zaniechania prywatyzacji traci na wartości i popada w coraz gorszą sytuację finansową.
- Emigracja zarobkowa liczona w setkach tysięcy złotych. Jak podawała ostatnio prasa, szacunki mówią o liczbie nawet 1,5 mln osób. Z sondaży prowadzonych wśród polonii nie płyną dobre wieści.
Około 50% emigrantów nie zamierza wracać do Polski. Przynajmniej w najbliższym czasie.
Bezpośrednim skutkiem emigracji jest brak rąk do pracy w wielu branżach.
- Szybki wzrost płac w połączeniu z brakiem rąk do pracy zwiększa koszty działalności wielu firm, z drugiej strony Polska z roku na rok będzie zmniejszać swoją atrakcyjność jako kraj z tanią siłą roboczą. Z upływem czasu zmniejszy to ilość napływających inwestycji zagranicznych na rzecz takich krajów jak Bułgaria i Rumunia, gdzie zarobki są jeszcze niższe niż w Polsce.
Jak wynika z powyższego powodów do obaw jest sporo. Z pewnością jest ich jeszcze więcej i każdy z czytelników znajdzie inne. Część z tych problemów odczuwamy już teraz, pozostałe będą narastać i dadzą o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie, czyli przy spadku wpływów podatkowych.
Wówczas państwo, aby pokrywać swoje zobowiązania będzie musiało emitować obligacje. Długi zaś pozostaną do spłacenia przez kolejne pokolenia. Ale tym obecny rząd wydaje się zupełnie nie przejmować.
Tomasz Bar
Ostatnie zawirowania na scenie politycznej odsuwają na bok kwestie gospodarcze. Na szczęście dla tych ostatnich, już od dłuższego czasu polityka i gospodarka poruszają się na osobnych torach. Niemniej jednak groźba przedterminowych wyborów lub trwanie rządu mniejszościowego nie jest korzystne, nawet w sytuacji wysokiego wzrostu gospodarczego, który to powinien być wykorzystany na przeprowadzenie szeregu reform finansów publicznych.
Proponuję garść informacji z ostatnich tygodni na temat stanu gospodarki.
Co powinno cieszyć?
- Bardzo wysoki wzrost gospodarczy w I kw. przekraczający 7%,
- Wysokie wpływy do budżetu, a tym samym rekordowo niski deficyt, mając na uwadze połowę roku.
Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że w okresie styczeń 2007 – maj 2007 wpłynęło 98 mld zł, co daje kwotę o 20 mld zł wyższą niż w analogicznym okresie roku 2006. Tym samy deficyt spadł z 47% rocznego planu do 14%.
- Bardzo dobra koniunktura na giełdzie papierów wartościowych,
- Wysoki napływ inwestycji zagranicznych,
- Przyznanie Polsce i Ukrainie praw do organizacji mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 r.
O ile tylko wykorzystamy daną nam szansę, korzyści wynikające z przygotowań będą służyć przez lata. Mam tu na myśli budowę autostrad, stadionów, lotnisk i bazy hotelowej.
Co powinno martwić.
- Z całą pewnością brak podejmowanych reform w finansach publicznych. Ostatnie zamieszanie na scenie politycznej po raz kolejny odsunęło reformy na bliżej nieokreślony czas.
- Wzrost wydatków z budżetu państwa o 10 mld zł w porównaniu z tym samym okresem 2006 r.
- Populistyczne pomysły prospołeczne w postaci: wypłat zasiłków, podwyższenia płacy minimalnej, podwyżek rent i emerytur oraz umożliwienie przechodzenia na wcześniejszą emeryturę setkom tysięcy pracowników (górnicy, nauczyciele).
- Coraz częstsze roszczenia kolejnych grup społecznych oczekujących podwyżek pensji, tylko w ostatnim czasie mamy strajk pielęgniarek i lekarzy.
- Podwyżki stóp procentowych (dwie w tym roku) i spodziewane kolejne będące odpowiedzią na rosnącą inflację.
- Wzrost zadłużenia Polski. To bardzo niepokojące zjawisko zwłaszcza w okresie wysokiego wzrostu PKB. Według danych NPB od 2000 roku zadłużenie Polski wzrosło z niespełna 80 mld EUR do 131 mld EUR, czyli prawie o 80%. Pomimo rosnących wpływów budżetowych, rząd emituje wciąż nowe serie obligacji.
- Niskie wpływy z prywatyzacji. Z zaplanowanych na ubiegły rok 5,5 mld zł zrealizowano 0,5 mld zł. Pozostałe 5 mld zł trzeba było pożyczyć w formie emisji obligacji. Co warte zauważenia, wiele firm z powodu zaniechania prywatyzacji traci na wartości i popada w coraz gorszą sytuację finansową.
- Emigracja zarobkowa liczona w setkach tysięcy złotych. Jak podawała ostatnio prasa, szacunki mówią o liczbie nawet 1,5 mln osób. Z sondaży prowadzonych wśród polonii nie płyną dobre wieści.
Około 50% emigrantów nie zamierza wracać do Polski. Przynajmniej w najbliższym czasie.
Bezpośrednim skutkiem emigracji jest brak rąk do pracy w wielu branżach.
- Szybki wzrost płac w połączeniu z brakiem rąk do pracy zwiększa koszty działalności wielu firm, z drugiej strony Polska z roku na rok będzie zmniejszać swoją atrakcyjność jako kraj z tanią siłą roboczą. Z upływem czasu zmniejszy to ilość napływających inwestycji zagranicznych na rzecz takich krajów jak Bułgaria i Rumunia, gdzie zarobki są jeszcze niższe niż w Polsce.
Jak wynika z powyższego powodów do obaw jest sporo. Z pewnością jest ich jeszcze więcej i każdy z czytelników znajdzie inne. Część z tych problemów odczuwamy już teraz, pozostałe będą narastać i dadzą o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie, czyli przy spadku wpływów podatkowych.
Wówczas państwo, aby pokrywać swoje zobowiązania będzie musiało emitować obligacje. Długi zaś pozostaną do spłacenia przez kolejne pokolenia. Ale tym obecny rząd wydaje się zupełnie nie przejmować.
Tomasz Bar
Korupcja - walką z CBA
Walka z korupcją stała się walką z CBA. Premier zamiata afery pod dywan,a obywatele to marionetki w PR'owskim przedstawieniu. Jak długo pozwolimy siebie oszukiwać ?
Walka z nielegalnym przyjmowaniem pieniędzy – tzw. łapówek, stała się ostatnio dość popularna. Kolejne opcje rządzące, celem pozyskania elektoratu, wytaczają nowe „działa” antykorupcyjne. Zadowolenie jest tym większe, że nowo powstałe służby - jako nieliczne, sprawdzają się. Byłbym zaślepiony polityką obecnie rządzących, gdybym nie powołał się na afery – wykryte jakiś czas temu.
Jak wielkie było zdziwienie obywateli, którzy stali przy swoim mówiąc – głosuję na Platformę Obywatelską gdyż to najuczciwsza ze wszystkich partia. Oczywiście sondaże tego nie pokazują – mimo afer, słupki pną się w górę jak procenty wzrostu bezrobocia. Wykrycie afer : hazardowej i stoczniowej, tylko wzmocniło partię. CBA zostało oczernione, sam Mariusz Kamiński został nazwany aparatczykiem w ręku Prawa i Sprawiedliwości. Wolnego ! Czy my obywatele żyjemy w kraju prawa ? W innych krajach za wykrycie takich afer, szef biura CBA stałby na piedestale nosząc przy piersi złote medale. W Polsce przyjęło się spuścić głowę w dół, mówiąc nic się nie stało.
Osiągnięciami, również wielkimi, może się pochwalić Julia Pitera – pełnomocnik rządu do walki z korupcją. Wykryta afera dorszowa pogrążyła cały kraj. W mediach przez kilka miesięcy mówiło się tylko o jednym – czy można tak oszukiwać kraj ? Mało tego, powstała tarcza antykorupcyjna - która ma jasne wytyczne od premiera. Wytyczne : bronić walki z korupcją czy walki z polityką ?
Zastanawia mnie jedno, kiedy premier przestanie robić z nas – obywateli, marionetki w swoim PR'owskim przedstawieniu. Takie afery nie mogą być zamiatane pod dywan. Powstała komisja afery hazardowej jest klęską – bo afera nie zostanie nigdy wyjaśniona. Fakt jasny i rzetelny - przewodniczącym komisji jest przedstawiciel partii, w której wybuchła afera – hipokryzja ? Najwyższy czas Panie premierze pomyśleć o ostatnich latach, jakie spędzi Pan z partią na wiejskiej. Pałace prezydenckie mają za wysokie progi – jak na Pana … sondaże.
politycznykiermasz
Walka z nielegalnym przyjmowaniem pieniędzy – tzw. łapówek, stała się ostatnio dość popularna. Kolejne opcje rządzące, celem pozyskania elektoratu, wytaczają nowe „działa” antykorupcyjne. Zadowolenie jest tym większe, że nowo powstałe służby - jako nieliczne, sprawdzają się. Byłbym zaślepiony polityką obecnie rządzących, gdybym nie powołał się na afery – wykryte jakiś czas temu.
Jak wielkie było zdziwienie obywateli, którzy stali przy swoim mówiąc – głosuję na Platformę Obywatelską gdyż to najuczciwsza ze wszystkich partia. Oczywiście sondaże tego nie pokazują – mimo afer, słupki pną się w górę jak procenty wzrostu bezrobocia. Wykrycie afer : hazardowej i stoczniowej, tylko wzmocniło partię. CBA zostało oczernione, sam Mariusz Kamiński został nazwany aparatczykiem w ręku Prawa i Sprawiedliwości. Wolnego ! Czy my obywatele żyjemy w kraju prawa ? W innych krajach za wykrycie takich afer, szef biura CBA stałby na piedestale nosząc przy piersi złote medale. W Polsce przyjęło się spuścić głowę w dół, mówiąc nic się nie stało.
Osiągnięciami, również wielkimi, może się pochwalić Julia Pitera – pełnomocnik rządu do walki z korupcją. Wykryta afera dorszowa pogrążyła cały kraj. W mediach przez kilka miesięcy mówiło się tylko o jednym – czy można tak oszukiwać kraj ? Mało tego, powstała tarcza antykorupcyjna - która ma jasne wytyczne od premiera. Wytyczne : bronić walki z korupcją czy walki z polityką ?
Zastanawia mnie jedno, kiedy premier przestanie robić z nas – obywateli, marionetki w swoim PR'owskim przedstawieniu. Takie afery nie mogą być zamiatane pod dywan. Powstała komisja afery hazardowej jest klęską – bo afera nie zostanie nigdy wyjaśniona. Fakt jasny i rzetelny - przewodniczącym komisji jest przedstawiciel partii, w której wybuchła afera – hipokryzja ? Najwyższy czas Panie premierze pomyśleć o ostatnich latach, jakie spędzi Pan z partią na wiejskiej. Pałace prezydenckie mają za wysokie progi – jak na Pana … sondaże.
politycznykiermasz
Kto zapłaci za strajk listonoszy?
Kiedy kilka dni temu miałem wątpliwą przyjemność odstania dłuższej chwili na poczcie chcąc wysłać polecony, pani w okienku głośno zaznaczała: „Proszę się przygotować, że będą duże opóźnienia w doręczeniu.” Na to ludzie w kolejce zareagowali zdziwieniem. Dlaczego? Strajk listonoszy, proszę Państwa. Dziś już nikt nie jest zaskoczony, gdyż całej Polsce grozi protest listonoszy.
Kiedy kilka dni temu miałem wątpliwą przyjemność odstania dłuższej chwili na poczcie chcąc wysłać polecony, pani w okienku głośno zaznaczała: „Proszę się przygotować, że będą duże opóźnienia w doręczeniu.” Na to ludzie w kolejce zareagowali zdziwieniem. Dlaczego?
Strajk listonoszy, proszę Państwa.
Dziś już nikt nie jest zaskoczony, gdyż całej Polsce grozi protest listonoszy.
Poczta Polska nie bez powodu należy do najmniej lubianych instytucji publicznych.
Strajk z pewnością nie przysporzy jej sympatyków.
Pytam - dlaczego protest ma uderzyć w klientów?
Jeśli strajkują górnicy, szkody idą na koszt firmy. I choć jest to niedopuszczalne działanie na niekorzyść pracodawcy, wszystko zostaje ograniczone do jednego miejsca.
Gorzej jeśli protest w jednej firmie dotyczy setek tysięcy, jeśli nie milionów obywateli.
Dziennie Poczta obsługuje ponad 4 mln przesyłek. Drugie tyle to ulotki reklamowe. Nie trudno się domyśleć jakie konsekwencje może rodzić zastój w ich dostarczaniu przez kilka czy kilkanaście dni.
Pomijając zwykłe listy czy kartki pocztowe od rodziny, listy zawierają ważne dokumenty firmowe, wyciągi, przekazy pieniężne, wezwania do urzędu skarbowego lub sądu itp.
Kilkudniowe opóźnienie w otrzymaniu takich przesyłek może powodować spore kłopoty.
Stanie w długich kolejkach, po odbiór aby odebrać swoją korespondencji będzie tu najmniejszą uciążliwością.
Mało kogo bowiem interesuje, że list nie dotarł na czas.
Poczta Polska, a raczej jej władze na pewno zdają sprawę, ile wpłynie skarg i wniosków o odszkodowania. Całkiem słusznych skarg. Klienta nie obchodzą wewnętrzne spory załogi z firmą.
Chce mieć przesyłkę na czas i ma prawo tego oczekiwać. Jednak PP jest zabezpieczona przed takimi skargami poprzez stosowne przepisy, które mówią że wysokość odszkodowania może stanowić jedynie pięciokrotność kosztu wysyłki listu. Nawet jeśli liczyć setki tysięcy skarg, PP nie ucierpi na tym wiele, a ewentualnych kosztów nie omieszka przerzucić na klienta. Tak czy inaczej, poszkodowany będzie klient.
Listonosze żądają wyższych pensji. Po części trudno im się dziwić. Przeciętna pensja nie przekracza 1300 zł brutto. Praca nie należy do zbyt przyjemnych i bezpiecznych (roznoszenie rent i emerytur).
Dlaczego jednak doprowadzono do takiej ostateczności, że nagle listonosze poczuli się jak gorsi, niedocenieni pracownicy?
Czy to wynik przedwyborczych obietnic podwyżek dla różnych grup zawodowych?
Listonosze podobnie jak pracownicy aparatu skarbowego, mogli poczuć się pominięci, w planach przyszłorocznych podwyżek płac.
Czy nie można było wcześniej negocjować ze związkami zawodowymi i nie dopuścić do ostateczności, czyli protestu?
Czy pensje muszą być tak niskie?
Gdyby tylko prowadzona była racjonalna polityka kosztowa w firmie, na pewno nie.
I tu pojawia się zagrożenie dla zmian w firmie ze strony samych pracowników. Okazuje się, że oprócz żądań płacowych załoga Poczty Polskiej domaga się wstrzymania procesów komercjalizacji poczty.
To strzelenie sobie bramki samobójczej w ostatniej minucie meczu. Bez radykalnych zmian w firmie, za 2-3 lata Poczta stanie w obliczu zagrożeń, o jakich dziś chce za wszelką cenę zapomnieć.
Poczta Polska jako nieefektywny moloch już jest skutecznie podgryzana przez prywatne firmy kurierskie. Okres ochronny na monopol najlżejszych listów do 50 gramów kończy pod koniec 2008 roku. Już teraz prywatni operatorzy używając cięższych kopert omijają zakaz i świadczą usługi w zakresie dostarczania najlżejszych listów. Pozostaje czekać, aż rynek całkiem się otworzy, a wówczas na Pocztę Polską padnie blady strach. Światło dzienne ujrzą wszelkie niedociągnięcia i Poczta podzieli los TP SA, która pomimo zwolnień blisko 2/3 pracowników wciąż ma poważne problemy z byciem konkurencyjną.
Mając na uwadze, że PP zatrudnia 99 tys. pracowników będzie kogo zwalniać.
Nic tak nie uzdrawia jak konkurencja, a Poczta Polska to jedna z ostatnich firm, którym udało się uchować pod ochronnym parasolem państwa. Nie musi dbać o klienta, bo ten nie ma innej alternatywy. Mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni. Pierwszy chętny do odebrania Poczcie klientów już się pojawił. To krakowska firma InPost. Póki co działa w 71 miastach, ale w planach jest budowa blisko 2 tys. placówek. Za nią przyjdą z pewnością kolejne firmy.
Tomasz Bar
Kiedy kilka dni temu miałem wątpliwą przyjemność odstania dłuższej chwili na poczcie chcąc wysłać polecony, pani w okienku głośno zaznaczała: „Proszę się przygotować, że będą duże opóźnienia w doręczeniu.” Na to ludzie w kolejce zareagowali zdziwieniem. Dlaczego?
Strajk listonoszy, proszę Państwa.
Dziś już nikt nie jest zaskoczony, gdyż całej Polsce grozi protest listonoszy.
Poczta Polska nie bez powodu należy do najmniej lubianych instytucji publicznych.
Strajk z pewnością nie przysporzy jej sympatyków.
Pytam - dlaczego protest ma uderzyć w klientów?
Jeśli strajkują górnicy, szkody idą na koszt firmy. I choć jest to niedopuszczalne działanie na niekorzyść pracodawcy, wszystko zostaje ograniczone do jednego miejsca.
Gorzej jeśli protest w jednej firmie dotyczy setek tysięcy, jeśli nie milionów obywateli.
Dziennie Poczta obsługuje ponad 4 mln przesyłek. Drugie tyle to ulotki reklamowe. Nie trudno się domyśleć jakie konsekwencje może rodzić zastój w ich dostarczaniu przez kilka czy kilkanaście dni.
Pomijając zwykłe listy czy kartki pocztowe od rodziny, listy zawierają ważne dokumenty firmowe, wyciągi, przekazy pieniężne, wezwania do urzędu skarbowego lub sądu itp.
Kilkudniowe opóźnienie w otrzymaniu takich przesyłek może powodować spore kłopoty.
Stanie w długich kolejkach, po odbiór aby odebrać swoją korespondencji będzie tu najmniejszą uciążliwością.
Mało kogo bowiem interesuje, że list nie dotarł na czas.
Poczta Polska, a raczej jej władze na pewno zdają sprawę, ile wpłynie skarg i wniosków o odszkodowania. Całkiem słusznych skarg. Klienta nie obchodzą wewnętrzne spory załogi z firmą.
Chce mieć przesyłkę na czas i ma prawo tego oczekiwać. Jednak PP jest zabezpieczona przed takimi skargami poprzez stosowne przepisy, które mówią że wysokość odszkodowania może stanowić jedynie pięciokrotność kosztu wysyłki listu. Nawet jeśli liczyć setki tysięcy skarg, PP nie ucierpi na tym wiele, a ewentualnych kosztów nie omieszka przerzucić na klienta. Tak czy inaczej, poszkodowany będzie klient.
Listonosze żądają wyższych pensji. Po części trudno im się dziwić. Przeciętna pensja nie przekracza 1300 zł brutto. Praca nie należy do zbyt przyjemnych i bezpiecznych (roznoszenie rent i emerytur).
Dlaczego jednak doprowadzono do takiej ostateczności, że nagle listonosze poczuli się jak gorsi, niedocenieni pracownicy?
Czy to wynik przedwyborczych obietnic podwyżek dla różnych grup zawodowych?
Listonosze podobnie jak pracownicy aparatu skarbowego, mogli poczuć się pominięci, w planach przyszłorocznych podwyżek płac.
Czy nie można było wcześniej negocjować ze związkami zawodowymi i nie dopuścić do ostateczności, czyli protestu?
Czy pensje muszą być tak niskie?
Gdyby tylko prowadzona była racjonalna polityka kosztowa w firmie, na pewno nie.
I tu pojawia się zagrożenie dla zmian w firmie ze strony samych pracowników. Okazuje się, że oprócz żądań płacowych załoga Poczty Polskiej domaga się wstrzymania procesów komercjalizacji poczty.
To strzelenie sobie bramki samobójczej w ostatniej minucie meczu. Bez radykalnych zmian w firmie, za 2-3 lata Poczta stanie w obliczu zagrożeń, o jakich dziś chce za wszelką cenę zapomnieć.
Poczta Polska jako nieefektywny moloch już jest skutecznie podgryzana przez prywatne firmy kurierskie. Okres ochronny na monopol najlżejszych listów do 50 gramów kończy pod koniec 2008 roku. Już teraz prywatni operatorzy używając cięższych kopert omijają zakaz i świadczą usługi w zakresie dostarczania najlżejszych listów. Pozostaje czekać, aż rynek całkiem się otworzy, a wówczas na Pocztę Polską padnie blady strach. Światło dzienne ujrzą wszelkie niedociągnięcia i Poczta podzieli los TP SA, która pomimo zwolnień blisko 2/3 pracowników wciąż ma poważne problemy z byciem konkurencyjną.
Mając na uwadze, że PP zatrudnia 99 tys. pracowników będzie kogo zwalniać.
Nic tak nie uzdrawia jak konkurencja, a Poczta Polska to jedna z ostatnich firm, którym udało się uchować pod ochronnym parasolem państwa. Nie musi dbać o klienta, bo ten nie ma innej alternatywy. Mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni. Pierwszy chętny do odebrania Poczcie klientów już się pojawił. To krakowska firma InPost. Póki co działa w 71 miastach, ale w planach jest budowa blisko 2 tys. placówek. Za nią przyjdą z pewnością kolejne firmy.
Tomasz Bar
Ministerstwo Skarbu – przebudzenie?
Parę dni temu Puls Biznesu podał informację o planach Ministerstwa Skarbu. Plany prywatyzacji, bo o nich będzie mowa, są rewolucyjne przynajmniej w zamyśle. W skrócie chodzi o diametralną zmianę podejścia do tematu państwowych spółek. MS chce sprywatyzować ok. 100 firm w najbliższych latach poprzez GPW.
Parę dni temu Puls Biznesu podał informację o planach Ministerstwa Skarbu. Plany prywatyzacji, bo o nich będzie mowa, są rewolucyjne przynajmniej w zamyśle.
W skrócie chodzi o diametralną zmianę podejścia do tematu państwowych spółek. MS chce sprywatyzować ok. 100 firm w najbliższych latach poprzez GPW.
Kiedy w ubiegłym roku świeżo upieczony rząd zapowiadał na 2006 r. 5,5 mld złotych wpływów z tytułu prywatyzacji można to było uznać za nader optymistyczne, aczkolwiek wykonalne zadanie. Gorzej było z realizacją. Rok 2006 właśnie się kończy, a z tytułu prywatyzacji uzyskano...500 mln zł czyli 10% zakładanej kwoty. Nie powinno to nikogo dziwić, skoro polityka prywatyzacyjna jaką prowadzi minister Wojciech Jasiński opiera się na tym, aby nic nie sprzedać. Hamulcowy, bo tak nazwała ministra opozycja, braki wpływów z tytułu prywatyzacji wypełnił dywidendą od spółek giełdowych, w których Skarb Państwa ma znaczące udziały. I tak KGHM, PKN Orlen, PKO BP dały ok. 3 mld zł ekstra dochodu do państwowej kasy.
Skąd taki nagły zwrot w prowadzonej dotychczas polityce prywatyzacyjnej?
Trudno odpowiedzieć jednoznacznie, ale inicjatywa wice-ministra resortu skarbu Ireneusza Dąbrowskiego jest godna pochwały. Każdy, kto pamięta duet Wiesław Rozłucki – szef GPW oraz Jacek Socha – Minister Skarbu, wie jak sprawnie szła współpraca obu Panów we wprowadzaniu państwowych spółek na giełdę. To za ich kadencji mieliśmy największy debiut ostatnich lat PKO BP. Obecny prezes GPW, Ludwik Sobolewski wydaje się chętny do kontynuowania dzieła swojego poprzednika, ale musi mieć do tego wsparcie ze strony Ministerstwa Skarbu. Jeśli takie porozumienie się uda, można się spodziewać, że kolejne spółki będą prywatyzowane poprzez giełdę.
100 spółek w kilka lat?
Tyle właśnie firm obejmują plany ministerstwa. Patrząc nieco wstecz wydaje się to niewyobrażalnie dużo. Tym bardziej, że w ostatnich latach prywatyzacji było jak na lekarstwo. Łącznie 9 licząc od 2000 roku. Biorąc pod uwagę, że w ostatnim roku zadebiutowało ponad 30 spółek prywatnych, wprowadzenie w życie planów ministerstwa może oznaczać zniwelowanie tych dysproporcji.
Oczywiście należy mieć na uwadze, że firmy które będą prywatyzowane należą do znacznie mniejszych niż dotychczasowi debiutanci. Tak czy inaczej, taka ilość robi wrażenie.
Ukłon w stronę TFI i OFE.
Fundusze inwestycyjne, jak również emerytalne, od dawna narzekają na niską płynność polskiego rynku giełdowego. Skutkuje to ograniczeniami w inwestycjach. Fundusze, które mają w sumie ponad 200 mld zł aktywów* (95 mld TFI, 110 mld OFE), narzekają na zbyt małą ilość spółek, w które można lokować znaczne kwoty. Firm o kapitalizacji kilku miliardów takich jak PKO BP, PGNiG, PKN Orlen czy KGHM jest na GPW zbyt mało. Dlatego wejście na parkiet kilkudziesięciu nowych firm będzie miało wiele pozytywnych skutków. Na skutek prywatyzacji firmy zyskają większą szansę na przetrwanie i rozwój. Skarb Państwa zyska cenne dochody do budżetu. W części firm pracownicy otrzymają pakiet akcji, co z pewnością spotka się z bardzo pozytywnym odbiorem. Na sprzedaży akcji poprzez giełdę skorzystają również inwestorzy indywidualni, wspomniane wcześniej TFI i OFE oraz banki, biura maklerskie, które będą pośredniczyć w ofertach.
Trzymam Ministerstwo Skarbu za słowo i życzę wytrwałości w postanowieniu.
Tomasz Bar
Parę dni temu Puls Biznesu podał informację o planach Ministerstwa Skarbu. Plany prywatyzacji, bo o nich będzie mowa, są rewolucyjne przynajmniej w zamyśle.
W skrócie chodzi o diametralną zmianę podejścia do tematu państwowych spółek. MS chce sprywatyzować ok. 100 firm w najbliższych latach poprzez GPW.
Kiedy w ubiegłym roku świeżo upieczony rząd zapowiadał na 2006 r. 5,5 mld złotych wpływów z tytułu prywatyzacji można to było uznać za nader optymistyczne, aczkolwiek wykonalne zadanie. Gorzej było z realizacją. Rok 2006 właśnie się kończy, a z tytułu prywatyzacji uzyskano...500 mln zł czyli 10% zakładanej kwoty. Nie powinno to nikogo dziwić, skoro polityka prywatyzacyjna jaką prowadzi minister Wojciech Jasiński opiera się na tym, aby nic nie sprzedać. Hamulcowy, bo tak nazwała ministra opozycja, braki wpływów z tytułu prywatyzacji wypełnił dywidendą od spółek giełdowych, w których Skarb Państwa ma znaczące udziały. I tak KGHM, PKN Orlen, PKO BP dały ok. 3 mld zł ekstra dochodu do państwowej kasy.
Skąd taki nagły zwrot w prowadzonej dotychczas polityce prywatyzacyjnej?
Trudno odpowiedzieć jednoznacznie, ale inicjatywa wice-ministra resortu skarbu Ireneusza Dąbrowskiego jest godna pochwały. Każdy, kto pamięta duet Wiesław Rozłucki – szef GPW oraz Jacek Socha – Minister Skarbu, wie jak sprawnie szła współpraca obu Panów we wprowadzaniu państwowych spółek na giełdę. To za ich kadencji mieliśmy największy debiut ostatnich lat PKO BP. Obecny prezes GPW, Ludwik Sobolewski wydaje się chętny do kontynuowania dzieła swojego poprzednika, ale musi mieć do tego wsparcie ze strony Ministerstwa Skarbu. Jeśli takie porozumienie się uda, można się spodziewać, że kolejne spółki będą prywatyzowane poprzez giełdę.
100 spółek w kilka lat?
Tyle właśnie firm obejmują plany ministerstwa. Patrząc nieco wstecz wydaje się to niewyobrażalnie dużo. Tym bardziej, że w ostatnich latach prywatyzacji było jak na lekarstwo. Łącznie 9 licząc od 2000 roku. Biorąc pod uwagę, że w ostatnim roku zadebiutowało ponad 30 spółek prywatnych, wprowadzenie w życie planów ministerstwa może oznaczać zniwelowanie tych dysproporcji.
Oczywiście należy mieć na uwadze, że firmy które będą prywatyzowane należą do znacznie mniejszych niż dotychczasowi debiutanci. Tak czy inaczej, taka ilość robi wrażenie.
Ukłon w stronę TFI i OFE.
Fundusze inwestycyjne, jak również emerytalne, od dawna narzekają na niską płynność polskiego rynku giełdowego. Skutkuje to ograniczeniami w inwestycjach. Fundusze, które mają w sumie ponad 200 mld zł aktywów* (95 mld TFI, 110 mld OFE), narzekają na zbyt małą ilość spółek, w które można lokować znaczne kwoty. Firm o kapitalizacji kilku miliardów takich jak PKO BP, PGNiG, PKN Orlen czy KGHM jest na GPW zbyt mało. Dlatego wejście na parkiet kilkudziesięciu nowych firm będzie miało wiele pozytywnych skutków. Na skutek prywatyzacji firmy zyskają większą szansę na przetrwanie i rozwój. Skarb Państwa zyska cenne dochody do budżetu. W części firm pracownicy otrzymają pakiet akcji, co z pewnością spotka się z bardzo pozytywnym odbiorem. Na sprzedaży akcji poprzez giełdę skorzystają również inwestorzy indywidualni, wspomniane wcześniej TFI i OFE oraz banki, biura maklerskie, które będą pośredniczyć w ofertach.
Trzymam Ministerstwo Skarbu za słowo i życzę wytrwałości w postanowieniu.
Tomasz Bar
Czy doczekamy się kodeksu postępowania dla polityków?
Przy okazji różnych wyborów, czy to parlamentarnych czy samorządowych, pojawiają się głosy nad tym kto powinien startować w takich wyborach.
Przy okazji różnych wyborów, czy to parlamentarnych czy samorządowych, pojawiają się głosy nad tym kto powinien startować w takich wyborach.
Władza to pokusa, każdy się z tym zgodzi.
Nie tylko pod względem gratyfikacji pieniężnych, ale również innych przywilejów władzy jak samochód służbowy, pieniądze na biuro, immunitet itp. Poza tym po zakończeniu kariery w polityce łatwiej o zdobycie innej posady przy wykorzystaniu nawiązanych znajomości.
Do polityki przekonują się coraz częściej nawet aktorzy czy biznesmeni. Do niedawna mieliśmy w szeregach PIS lidera Budki Suflera Krzysztofa Cugowskiego, a w szeregach PO Janusz Palikota, znanego biznesmena, właściciela spółki Polmos Lublin, która w ubiegłym roku zadebiutowała na GPW. Spośród sportowców start w wyborach zapowiadają Radosław Majdan – bramkarz, na co dzień partner Dody Elektrody, Iwona Guzowska - mistrzyni świata w kick boxingu. Polityka pociąga również byłą Miss Polonię.
Niepokoić może jednak to, że do polityki trafiają również osoby o podejrzanej przeszłości.
O ile można zrozumieć aktorów czy sportowców, że mogą szukać nowych wyzwań i pewnego prestiżu to czego szukają osoby z wyrokami? Czy ktoś, kto ma na sumieniu wyrok np. za malwersacje finansowe, powinien mieć szansę na ubieganie się o fotel burmistrza?
Sprawowana funkcja wiąże się przecież z odpowiedzialnością za finanse miasta, gminy itp.
Polacy są coraz bardziej zniesmaczeni polityką w obecnym wydaniu.
Co będzie, jeśli dostaną się do niej ludzie przypadkowi lub pospolici kryminaliści?
Konieczne jest, moim zdaniem wprowadzenie jasnych zasad określających, kto może się angażować w politykę?
Czy naprawdę brakuje ludzi uczciwych, którzy chcieliby wziąć sprawy w swoje ręce?
Czy nie jest czasem tak, że polityka nawet ta na niższym szczeblu, ma opinię mało przejrzystej, uwikłanej w różne układy i polegającej na obsadzaniu stanowisk przypadkowymi ludźmi?
Jeśli tak, to trudno się potem dziwić licznym aferom i nadużyciom w samorządach.
Moim zdaniem do polityki powinny iść osoby o nieskazitelnej opinii i niezależne finansowo.
Mające stosowne wykształcenie i kompetencje do sprawowania funkcji.
W Polsce polityka kojarzy się zbyt często z dobrym uposażeniem, a małą ilością pracy i znikomą odpowiedzialnością. Trudno się dziwić fatalnym efektom decyzji podejmowanych przez osoby piastujące swoje stanowiska bardziej z przypadku niż z powołania.
Kolejne wybory samorządowe już za kilka dni i nic się nie da w powyższej sprawie zrobić. Do następnych jednak trochę czasu będzie i warto podjąć próbę jasnego określenia, kto może a kto nie powinien startować w wyborach.
Patrząc na obecny sejm, w którym zasiadają posłowie mający wyroki, z wice premierem Lepperem na czele, na pewno będzie to zadanie trudne, ale warte podjęcia wysiłku.
Może dobrym rozwiązaniem, choć dość kosztownym, byłyby częstsze wybory wzorem Stanów Zjednoczonych? Tam wybory do odpowiednika naszego sejmu odbywają się co dwa lata. Jednym z głównym powodów tak częstych kampanii i wyborów jest dbałość o wyborców. Kandydaci wybrani w wyborach mają dwa lata na to, aby swoimi działaniami udowodnić, że zostali słusznie wybrani.
W przeciwnym razie mogliby często zapomnieć co obiecywali w kampanii mając zagwarantowane ciepłe posadki na 4 lata. Nie przez przypadek w Polsce zwykle każdy rząd ma dobry pierwszy rok po wyborach, gdy unosi się na fali zwycięstwa i obietnic. Gorzej jest potem, o finale już nie wspominając.
Pewność stanowiska usypia i rozleniwia. Mając perspektywę wyborów co dwa lata politycy nie mieliby chwili oddechu i cały czas musieliby spełniać oczekiwania wyborców. W razie potknięć chętnych na ich miejsce z pewnością by nie zabrakło.
Kiedy w ubiegłym roku natknąłem się na dyskusję na temat etyki w polityce daleko było do obecnie panującej atmosfery awantur koalicyjnych, afer i wzajemnego obrzucania się błotem.
Minęło jednak półtora roku, a prawdziwego kodeksu dla polityków nie ma.
Kodeksu nie w luźnej formie, a w formie konkretnych zapisów.
Tomasz Bar
Przy okazji różnych wyborów, czy to parlamentarnych czy samorządowych, pojawiają się głosy nad tym kto powinien startować w takich wyborach.
Władza to pokusa, każdy się z tym zgodzi.
Nie tylko pod względem gratyfikacji pieniężnych, ale również innych przywilejów władzy jak samochód służbowy, pieniądze na biuro, immunitet itp. Poza tym po zakończeniu kariery w polityce łatwiej o zdobycie innej posady przy wykorzystaniu nawiązanych znajomości.
Do polityki przekonują się coraz częściej nawet aktorzy czy biznesmeni. Do niedawna mieliśmy w szeregach PIS lidera Budki Suflera Krzysztofa Cugowskiego, a w szeregach PO Janusz Palikota, znanego biznesmena, właściciela spółki Polmos Lublin, która w ubiegłym roku zadebiutowała na GPW. Spośród sportowców start w wyborach zapowiadają Radosław Majdan – bramkarz, na co dzień partner Dody Elektrody, Iwona Guzowska - mistrzyni świata w kick boxingu. Polityka pociąga również byłą Miss Polonię.
Niepokoić może jednak to, że do polityki trafiają również osoby o podejrzanej przeszłości.
O ile można zrozumieć aktorów czy sportowców, że mogą szukać nowych wyzwań i pewnego prestiżu to czego szukają osoby z wyrokami? Czy ktoś, kto ma na sumieniu wyrok np. za malwersacje finansowe, powinien mieć szansę na ubieganie się o fotel burmistrza?
Sprawowana funkcja wiąże się przecież z odpowiedzialnością za finanse miasta, gminy itp.
Polacy są coraz bardziej zniesmaczeni polityką w obecnym wydaniu.
Co będzie, jeśli dostaną się do niej ludzie przypadkowi lub pospolici kryminaliści?
Konieczne jest, moim zdaniem wprowadzenie jasnych zasad określających, kto może się angażować w politykę?
Czy naprawdę brakuje ludzi uczciwych, którzy chcieliby wziąć sprawy w swoje ręce?
Czy nie jest czasem tak, że polityka nawet ta na niższym szczeblu, ma opinię mało przejrzystej, uwikłanej w różne układy i polegającej na obsadzaniu stanowisk przypadkowymi ludźmi?
Jeśli tak, to trudno się potem dziwić licznym aferom i nadużyciom w samorządach.
Moim zdaniem do polityki powinny iść osoby o nieskazitelnej opinii i niezależne finansowo.
Mające stosowne wykształcenie i kompetencje do sprawowania funkcji.
W Polsce polityka kojarzy się zbyt często z dobrym uposażeniem, a małą ilością pracy i znikomą odpowiedzialnością. Trudno się dziwić fatalnym efektom decyzji podejmowanych przez osoby piastujące swoje stanowiska bardziej z przypadku niż z powołania.
Kolejne wybory samorządowe już za kilka dni i nic się nie da w powyższej sprawie zrobić. Do następnych jednak trochę czasu będzie i warto podjąć próbę jasnego określenia, kto może a kto nie powinien startować w wyborach.
Patrząc na obecny sejm, w którym zasiadają posłowie mający wyroki, z wice premierem Lepperem na czele, na pewno będzie to zadanie trudne, ale warte podjęcia wysiłku.
Może dobrym rozwiązaniem, choć dość kosztownym, byłyby częstsze wybory wzorem Stanów Zjednoczonych? Tam wybory do odpowiednika naszego sejmu odbywają się co dwa lata. Jednym z głównym powodów tak częstych kampanii i wyborów jest dbałość o wyborców. Kandydaci wybrani w wyborach mają dwa lata na to, aby swoimi działaniami udowodnić, że zostali słusznie wybrani.
W przeciwnym razie mogliby często zapomnieć co obiecywali w kampanii mając zagwarantowane ciepłe posadki na 4 lata. Nie przez przypadek w Polsce zwykle każdy rząd ma dobry pierwszy rok po wyborach, gdy unosi się na fali zwycięstwa i obietnic. Gorzej jest potem, o finale już nie wspominając.
Pewność stanowiska usypia i rozleniwia. Mając perspektywę wyborów co dwa lata politycy nie mieliby chwili oddechu i cały czas musieliby spełniać oczekiwania wyborców. W razie potknięć chętnych na ich miejsce z pewnością by nie zabrakło.
Kiedy w ubiegłym roku natknąłem się na dyskusję na temat etyki w polityce daleko było do obecnie panującej atmosfery awantur koalicyjnych, afer i wzajemnego obrzucania się błotem.
Minęło jednak półtora roku, a prawdziwego kodeksu dla polityków nie ma.
Kodeksu nie w luźnej formie, a w formie konkretnych zapisów.
Tomasz Bar
Subskrybuj:
Posty (Atom)